Westerplatte jakiego nie miałem

Nigdy nie byłem tak wykończony na mecie jak po Biegu Westerplatte 2014. Nigdy też nie byłem tak szczęśliwy. Biegłem ze starszym synem, który debiutował i w tym wyjątkowym także dla niego dniu, postanowił mi pomóc zamiast walczyć o jak najlepszy czas dla siebie.

 

Pomysł na start w 52 Biegu Westerplatte 2014 zrodził się dawno. Kilka miesięcy temu kolega zaproponował zakład. „Chcę Cię wyprzedić na trasie” – powiedział Rafał. Proponował, aby to się stało w maju lub czerwcu. Jednak przygotowując się do lipcowego triathlonu w Gdańsku, będąc po kontuzji kolana, nie chciałem biegać szybko. Nie chciałem ryzykować. Najawżniejszy był start w triathlonie. Padło więc na wrzesień.

 

Triathlon wypadł dobrze. Kolano wytrzymało, choć z trzeciej dyscypliny byłem najmniej zadowolony. To był słaby bieg. Musiał taki być, bo podczas treningów poświęciłem jemu najmniej uwagi. Cel jednak został osiągnięty. Pokonałem strach przed pływaniem, a dokładnie nauczyłem się pływać po tym jak 25 lat temu się topiłem, wystartowałem i złamałem w debiucie trzy godziny w 1/4 Ironmana (950 m woda, 45 km rower, 10,55 km bieg).

 

19 lipca była radość, by niemal następnego dnia zacząć myśleć o 13 września. Rafał trenował razem z Akademią Biegania.

 

byczki w pionie

Dwa byczki przed startem: Rafał i ja.

 

Zajrzałem na jego Endomondo. Cholera – pomyślałem. – Może nie biega szybko, ale pod górę i długie trasy. Wybieganie, siła. Co on szykuje na Westerplatte? – pytałem siebie. Długo jednak nie czekałem. Napisałem do Moniki Smaruj. Pomożesz? – zapytałem. Miałem niewiele ponad miesiąc czasu i urlop przed sobą. Zgodziła się. Rozpocząłem pierwszy w życiu profesjonalny trening. Pięć razy w tygodniu. Inny niż dotychczas. Chwilami mocny, ale ciekawy. Wykonałem 90 procent zaplanowanych zajęć. Pod koniec cyklu kolano odezwało się. Lekarz zalecił dwutygodniową przerwę i fizjoterapię. Tydzień przed startem. Ból głowy okropny. Co zrobić? Większość radziła: Zdrowie najważniejsze. Będzie następny bieg… Niby tak, ale oprócz zakładu, a może nawet to było ważniejsze, debiutował Dawid, mój starszy syn. Zaproponował pomoc. Poprowadzę Cię – powiedział.

 

Decyzja miała zapaść w ostatniej chwili. Wizyta we wtorek u Magdy, fizjoterapeutki. Rewelacja. Miałem wrażenie, że łokciem tnie mi mięśnie. Czwórkę i przywodziciela. Wytrzymasz? – pytała. Oczywiście. Rób. Zaciskałem zęby. Oby tylko pomogło. Pomogło. Ból ustąpił. Ostatni mocniejszy trening przed sobotą w czwartek. Próba generalna. Kolano wytrzymało tempo 4:00 i szybsze. To jednak były tylko kilometrowe przebieżki. Jednak nie boli i to jest najważniejsze. W piątek jeszcze wizyta u Magdy. Ostatnie rozmowy z Moniką.

 

Sobota. Rano wyszedłem z psem. Nie wiało, ale to cholerne słońce. Było kilka minut po siódmej i już jest ciepło. Łatwo nie będzie. Nerwówka. Czy wytrzyma kolano, czy głowa podoła. Przygotowany fizycznie byłem dobrze. Treningi do triathlonu od lutego oraz miesiąc intensywnych przygotowań do Westerplatte dało kopa. Niepewność jednak była.

 

Na Westerplatte byliśmy kilka minut po godzinie 10. Dawid wyluzowany. Tak przynajmniej wyglądał. Aldona niestety, nie pobiegła, bo źle się czuła. Z Dybuków jeszcze moja Siostra Agnieszka debiutowało. Miało być nas czworo. Tak dużo jeszcze nigdy nie było. Troje też dobrze.

 

guzowscy i dybuki

Przed startem dużo spotkań ze znajomymi m.in. Iwoną Guzowską i Jackiem Wiśniewskim. Mimo wszystko humor dopisuje…

 

Wśród znajomych Arek, który przyłączył się do biegu ze mną i z Dawidem. Słyszał, że planuję złamać 45 minut. Co trzech to nie dwóch. Ustawiliśmy się na starcie. Pierwszy raz tak blisko z przodu. Gdzieś w okolicach strefy dla 40 minut. – Pusto jakoś. Ale to dobrze. Przynajmniej nie będą nas wyprzedać – pomyślałem.

 

Start. Pierwsze dwa kilometry ok. Starałem się utrzymywać tempo poniżej 4:30. Jednak trudno było biec w równym tempie. 4:30, 4:20, 4:00. Starałem się nad tym panować. Słońce dawało popalić. Na trzecim kilometrze poczułem pierwszy raz zmęczenie w łydkach. Czyżbym za mało odpoczął? – pytałem siebie. – Nie ważne. Biegłem. Obok mnie Dawid i Arek. Trzy kilometry dalej już tak dobrze nie było. Miałem dość słońca. Przeklinałem pod nosem. Wszystko mnie denerwowało. Co pewien czas słyszałem jak ktoś ze znajomych wykrzykiwał moje imię. Najgłośniej krzyczała Monika, która biegła ze znajoma trochę za nami, a że byliśmy już po pierwszym nawrocie to się mijaliśmy. Dawaj Marcin, dawaj! To był ważny moment. Zwątpienie przynajmniej na chwilę ustąpiło. Dawid co chwilę proponował wodę. Trochę płukałem usta, trochę polewałem głowę. Syn się nie odzywał. Tak się umówiliśmy.

 

umieram

 Na ostatnim kilometrze miłem wrażenie, że umieram. W przeciwieństwie do Dawida, który miał jeszcze dużo sił…

 

W okolicach ósmego kilometra Dawid „przejął” inicjatywę. Pokazywał zacienione miejsca, które z lekkim wiatrem dawały chwilę wytchnienia. Sugerował zwolnienie tempa. Kiedy zerknąłem na zegarek zobaczyłem średnie tempo 4:31. To oznaczało, że biegniemy za wolno. Byłe jednak czas na przyspieszenie. Od tego momentu przestałem kontrolować czas. Przyspieszyłem na ile mogłem. Dawid chyba coś do mnie mówił. Okrzyki Aldony, dzieci i znajomych na ostatnich metrach dały potrzebnego kopa energi. Kiedy wbiegłem na metę nie mogłem uwierzyć. Czas 43:42. Nie dowierzałem. To oznaczało, że biegłem w tempie 4:22. Bez szans. Kiedy chwilę później jeszcze raz zerknąłem na zegarek wszystko było jasne. GPS pokazywał 9,73 km. Szlag by to trafił. Jak to możliwe? Kto wpadł na pomysł, aby na biegu 10 kilometrowym przygotować o ponad 200 metrów krótszą trasę. Co za głupota!!! delikatnie rzecz ujmując. To był bieg do którego przygotowywałem się dość mocno. Biegłem po życiówkę do której zabrakło 270 metrów. Nie czasu, bo okazuje się, że średnią na mecie miałem 4:30. To oznaczało, że biegłem w czasie 45 minut, a może troszkę szybciej. Tak jak chciałem. Ile osób wśród biegaczy było w podobnej sytuacji jak ja? Pewnie dużo. Szkoda, że organizatorowi zabrakło wyobraźni lub odwagi, aby jeszcze przed startem poinformować, że trasa ma ok 9,8 km.

 

No dobra, ale prawda jest też taka, że po pierwszym zdenerwowaniu przyszedł czas na radość. Udało się zrealizować drugie sportowe marzenie tego roku. Zostałem triathlonistą i biegam dziesięć kilometrów 45 minut. Szkoda tylko, że nie uda mi się powtórzyć takiego biegu w tym roku. Teraz czas na odpoczynek. Policzyłem, że w 2014 roku już przez 180 dni ciężko trenowałem. 5-6 jednostek treningowych tygodniowo. To dużo.

 

Dawid i jaWesterplatte Aldona i ja

Dybuki i Jacekz siostr

Wiele osób chciało sobie ze mną zrobić zdjęcie: Dawid, Aldonka, Jacek i Agnieszka, siostra… No dobra, żartowałem. To ja chciałem z nimi 🙂

 

Teraz czas zająć się kolanem, a później rozpocząć przygotowania do nowego sezonu, przede wszystkim triathlonowego. Okazuje się, że pływanie i jazda na rowerze ma dobry wpływ na kolano, a samo bieganie zbytnio je obciąża. I tego będę się trzymał.

 

Mam jeszcze nadzieję, że Dawid pobiegnie 10 kilometrów w Sopocie lub w Gdyni. Obstawiam, że zajmie mu to około 40 minut. Więcej, czy mniej? To zależy od wielu czynników. Wiem, że ma potencjał, a że triathlon go wciągnął, tak więc…  Jakoś to wszystko będzie trzeba w domu poukładać. W tym roku zadebiutowała, zresztą jako pierwsza w rodzinie, w triathlonie Aldonka. Majkę ciągnie do biegania, a Kajetana do piłki nożnej. Sport wkardł się do naszego życia dość wyraźnie. Oby tylko nie stracić przez to z oczu tego co najważniejsze…

Marcin

medale

 

Dwa lata temu przygodę z bieganiem zaczynałem podczas Biegu Westerplatte. Czas 54 minut 38 sekund. W tym roku biegłem w tempie 4:30, co daje 45 minut. Satysfakcja. Dużo się nauczyłem w tym czasie. Kontuzja mnie nauczyła. Bardziej wsłuchuję się w swój organizm. Mam kolejne cele i nadzieję, że uda mi się je zrealizować. Daj Boże…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *